Tym razem nie muzycznie, a o projekcie Miasta Równoległe - http://www.ciudadesparalelas.com/menu_polaco.html, w ramach kwietniowych warsztatów zostałem zobowiązany do napisania na ten temat. Jakbyscie mieli ochotę, zapraszam do lektury.
MIASTA RÓWNOLEGŁE to projekt, który poprzez zderzenie mieszkańców metropolii z nieoczekiwanymi sytuacjami w na pozór dobrze rozpoznanych miejscach, wprowadzenie nas do przestrzeni, do których nie mamy wstępu, umożliwienie spotkań z ludźmi, z którymi na co dzień nie przychodzi nam obcować, penetrowanie zagadnień związanych z życiem codziennym (pracą, zakupami, uczęszczaniem do bibliotek czy urzędów) ujętym w niecodzienne ramy artystycznego zdarzenia, stara się poszukiwać różnicy w jednorodnym pejzażu globalnego świata, która byłaby zdolna otworzyć nas na alternatywny porządek wyobraźni oraz indywidualnego i zbiorowego życia.
Informacja ta pochodzi z profilu Miast Równoległych na pewnym portalu społecznościowym. Potrzeba nie lada skupienia, żeby powyższe zdanie łyknąć w całości za pierwszym razem. Osiemdziesiąt dwa wyrazy, z których warto organizatorów rozliczyć.
Słowa od pierwszego do osiemnastego: w porządku, udało się, zrealizowane, po prostu perfekt. Nawet moja złośliwość nie może temu zaprzeczyć. Performance Dominica Hubera – Prime Time – bez dwóch zdań zaciekawił przechodniów. Pewien niezorientowany jegomość, zdziwiony widokiem kilkudziesięciu osób z identycznymi słuchawkami wpatrzonych w 15-piętrowy budynek, zapytał: OCB (o co chodzi – przyp. JB), ktoś skacze z dachu? Sympatyczna pani, której zadaniem było rozwiewanie tego typu wątpliwości, wytłumaczyła, że to takie przedstawienie, w którym prawdziwi mieszkańcy bloku u zbiegu Świętokrzyskiej i Bagno odgrywają role, które przypisał im szwajcarski scenograf. Aha – lakonicznie odparł Pan Dociekliwy.
Słowa od dziewiętnastego do sześćdziesiątego (żeby ułatwić nawigację, podpowiadam: chodzi o fragment wprowadzenie (…) zdarzenia): 2-0, bo rzeczywiście nie codziennie stoi się przez 40 min. bez ruchu w holu Sądu Najwyższego i słucha wycia chórzystów, którzy domagają się sprawiedliwości w sprawie bezprawnego wykorzystania znaku towarowego przez toruńskich piekarzy. W imię ludu Christiana Garcii dało nam taką niepowtarzalną okazję, za co stokrotne dzięki, panie Garcia.
Słowa od sześćdziesiątego pierwszego do osiemdziesiątego drugiego: to już wyższy level, nie dla tłumoków. Nie że mam niską samoocenę czy coś, ale nie znalazłem różnicy w jednorodnym pejzażu świata i nie otworzyła mnie ona na alternatywny porządek wyobraźni. Na alternatywny porządek zbiorowego życia również nie, na alternatywny porządek życia indywidualnego – tym bardziej. Może rozwikływanie tego rodzaju zagwozdek to działka studentów (główni odbiorcy festiwalu), w końcu to jeden z nich, Pan Miły, wygarnął swojej rozmówczyni, że jest tak alternatywna, że sra bursztynem. Chyba w ramach rozluźnienia atmosfery.
Drążąc dalej ten nieco humorystyczny wątek – kurczę, wejściówki na oba wydarzenia dostałem za darmo, dodatkowo dostaję możliwość publikacji tego tekstu na stronie organizatora, a tymczasem wazelina nijak ma się do ustawowych norm. Jakim brakiem wdzięczności musiałbym się wykazać, narzekając, że na przykład informacja szwankowała po maksie (vide przedstawienie w Złotych Tarasach, na które również miałem zaproszenie i które miało się rozpocząć po tym w Sądzie Najwyższym – pani Informacja Centrum Handlowego zdziwiona była, że coś takiego w ogóle ma się odbyć, a o której godzinie i gdzie dokładnie, Bóg jeden raczy wiedzieć; co miałem począć, biedny – odpuściłem sobie)? Strzałem w stopę mogłoby być również napomknienie, że dziesięć minut na ul. Bagno 3 straciłem z powodu niewiedzy, że żeby jakiekolwiek urządzenie elektroniczne mogło działać zgodnie z przeznaczeniem, trzeba off zmienić na on. Dlatego, mając na uwadze interes własnego tyłka, daruję sobie wymienianie niezbyt chlubnych ciekawostek i przejdę do mocnych stron jednej i drugiej obserwowanej przeze mnie sztuki.
Prime Time, choć nieco sztuczny, dał możliwość zastanowienia się nad mentalnością warszawiaków (nie tylko ich zresztą): ten sam blok, różny staż w nim, różne osobowości ludzi, a to samo ich zamknięcie na sąsiadów i ciekawe, nie zawsze prawdziwe, bezpodstawne wyobrażenia o sobie nawzajem. Spłycając problem, można płaczliwym tonem stwierdzić, że beznamiętny wyścig szczurów zabił międzyludzkie relacje. A konsumpcjonizm powoli zżera własny ogon. Ale to temat na dogłębniejsze rozważania mądrych osób, które mogłyby przeanalizować każdy czynnik, który ma wpływ na konkretną jednostkę z konkretnym numerem PESEL.
W imię ludu z kolei pozwoliło się przekonać, jak wspaniała akustyka panuje w siedzibie Anny Marii Wesołowskiej i jej podobnych. O co chodziło panu Garcii, trudno jednoznacznie ocenić (może najbardziej zainteresowani, ci z kujawsko-pomorskiego, zabiorą głos?), niemniej wytwór jego bujnej imaginacji oglądało się z nieschodzącym z twarzy zaciekawieniem.
No, i wazelinka w normie. Jeśli doszedłeś do tego miejsca, szanowny czytelniku, wiedz, że właśnie tobie chciałbym polecić ten projekt. Jeśli oczywiście kiedyś ponownie zawita w Warszawie.
sobota, 4 czerwca 2011
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

0 komentarze:
Prześlij komentarz