piątek, 17 czerwca 2011

Prawdziwi warszawiacy?

Moda to taki fenomen, który polega na tym, że choć zmienia się wyjątkowo często, to jednak zawsze jest. Moda na to, moda na tamto, moda na jeszcze coś innego, ale moda to jednak zawsze moda. Constans.

Ostatnimi czasy wytworzyła się na przykład moda na Warszawę. Młodzi warszawiacy nagle zauważyli jej piękno i wyjątkowość. Stanęli oni po stronie barykady, która nazywa się jedyni prawdziwi prawowici mieszkańcy stolicy. Nic to, że nasza odwieczna miłość trwa z grubsza od dwóch tygodni. W opozycji do tych true zmuszona jest być cała reszta: karierowicze, sezonowcy, fałszywcy, dwulicowcy. O nie, nie, kochani, wy nie jesteście stąd. To jest nasza Warszawa. My ją kochamy od zawsze i na zawsze. Od dwóch tygodni. Z grubsza. I to my bronimy Jej dobrego imienia na Fejsbuczku, bo to my Ją od zawsze od dwóch tygodni kochamy i w ankiecie Za co nie lubicie Warszawy? zaznaczamy odpowiedź: Warszawa jest zajebista (serduszko). Bo – nie wiedzieć czemu – miłość jest równoznaczna z brakiem trzeźwej oceny. Może działa jeszcze efekt zauroczenia. W końcu to dopiero dwa tygodnie.

Do czego zmierzam? Otóż zmierzam do buńczuczności i niezrozumiałego zbulwersowania młodych, od dwóch tygodni zakochanych. Bo że Warszawa jest synonimem świetlanych perspektyw i możliwości zrobienia kariery, jest wiadome nie od dziś i nie podlega dyskusji. Prawda absolutna. Zauważam to jako poznaniak z pochodzenia, a podwarszawiak z zamieszkania. I również jako gość zajarany TYM miastem, jego kolorytem, specyficzną atmosferą, jego potężnym kontrastem. Inspiruje mnie TO miasto, praktycznie w każdej wolnej chwili wsiadam na rower i – od przedmieść po salony – fotografuję stołeczne graffiti. Street art., w szerszym znaczeniu. Jestem zatem, można powiedzieć, podwójnym produktem mody, bo nie dość, że pseudo-warszawiak, to jeszcze moje hobby to sztuka ulicy. A to po filmie Wyjście przez sklep z pamiątkami wszyscy zapałali gorącym uczuciem do Banksy’ego, a to wszyscy zaangażowali się w obronę najdłuższej w Europie legalnej ściany graffiti na Służewcu. Street art to temat na tyle wałkowany, że jeden z dziennikarzy Gazety Wyborczej stwierdził wręcz, że informacja o kolejnym muralu może przyprawić co najwyżej o lekkie ziewnięcie. Swoją drogą, rozumując w ten sposób, śledzący nagonkę na kibiców już dawno powinni zapaść w zimowy sen.

Skończyłem na tym, że jestem podwójnym wytworem mody, co po części pewnie jest prawdą. Ale jest taka kwestia, że nie afiszuję się z tym, czyli nagle nie poczułem się prawdziwym warszawiakiem czy też wielkim znawcą sztuki. Warszawa ciekawiła mnie wcześniej, graffiti również, obecny medialny szum mógł tylko umocnić we mnie te zainteresowania. U od-dwóch-tygodni-prawdziwych-warszawiaków zapał zgaśnie już niedługo, po nadejściu kolejnej mody. Dlatego jestem zdania, że nie są oni upoważnieni do szydzenia z przyjezdnych. Bo gdyby faktycznie rdzenny warszawiak, taki ze stażem 14+ dni, zapytał ich o historię miasta czy o jakąś przedwojenną ulicę, spojrzeliby na niego z politowaniem i wskazaliby drogę do najbliższego Coffeeheaven. Tych od dziada-pradziada jest w Warszawie coraz mniej i nic nie wskazuje na to, żeby ten trend zostanie zahamowany. Tacy z was, droga waleczno młodzieży, warszawiacy, jak z koziej dupy trąba.

2 komentarze:

  1. Pozdrawiam z Warszawy nie-warszawiak.

    OdpowiedzUsuń na zawsze
  2. Nie mieszkam w Warszawie, ani za często jej nie odwiedzałem, jednak chciałbym zamieszkać w Stolicy. Przynajmniej na rok lub dwa. Również wydaje mi się to miasto inspirujące, tym bardziej, że strasznie jaram się podróżowaniem komunikacją miejską po zmroku z dobrą muzyką w uszach. Światła, ulice itd. czaisz o co mi chodzi. W Trójmieście tego znacznie mniej niż w WWA. :)

    Pozdro.

    OdpowiedzUsuń na zawsze



statystyka